Mocne strony "Gry o tron" nie zmieniły się specjalnie od poprzedniego sezonu. W dalszym ciągu na pochwałę zasługują dialogi, wśród których szczególne miejsce w moim sercu zajmują te z udziałem Bronna (szkoda tylko, że nie wykorzystano potencjału werbalnych sparingów z udziałem Varysa, Tyriona i Petyra). Nie zabrakło zapadających w pamięć scen, takich jak chrzest Theona, negocjacje braci Baratheonów, wybuch zamieszek w Królewskiej Przystani, wywieszenie trupów w Winterfell lub pułapka zastawiona na wojska atakujące stolicę. Duże wrażenie wywierają też krajobrazy, zdjęcia czy dekoracje, no i rzecz jasna bohaterowie, nierzadko pokazywani w taki sposób, by uzupełnić to, co wiemy o nich z książek (dla przykładu: Cersei, Margaery, Tywin, Aria, Jaime).
Skoro to wszystko nie zmieniło się zbyt mocno od zeszłego roku, nie będę poświęcał wymienionym aspektom serialu więcej uwagi. Znacznie ciekawsze wydają mi się te, które stanowią o różnicy między obydwoma sezonami, w tym zwłaszcza najpoważniejszy z niedostatków telewizyjnej "Gry o tron", ujawniony najpełniej – paradoksalnie! – przez bodaj najlepszy jej odcinek. Przedostatnia odsłona tego sezonu, "Blackwater", w przeciwieństwie do pozostałych zachowała jedność czasu, miejsca i akcji, niczym w klasycznej greckiej tragedii. Dzięki temu uzyskano intensywność emocjonalną, której nie mogły osiągnąć odcinki rozbite na kilka odrębnych wątków (myślę tu oczywiście o jednogodzinnych całościach, a nie pojedynczych scenach, takich jak mistrzowskie zakończenie epizodu "Baelor"). Dopiero teraz zobaczyliśmy, ile tracimy na tak znacznym rozproszeniu fabularnym. Okazjonalne przebitki zza Wąskiego Morza, relacje z kolejnych bitew Robba, wycinkowe wojaże Arii, pocztówki zza Muru – we wszystkich tych wypadkach fabuła nie tylko traciła spójność (wewnątrz- i międzywątkową), ale też posuwała się naprzód z tempem i gracją lądolodu.
Twórcy serialu bez wątpienia dostrzegli ten problem – nieobcy wszak również książkom Martina, może poza "Grą o tron" oraz "Nawałnicą mieczy" – i spróbowali sobie z nim poradzić. Świadczy o tym modyfikowanie treści oryginalnego cyklu tak, aby w niektórych scenach uczestniczyła więcej niż jedna istotna postać (przykładem mogą być rozmowy Aryi z Tywinem w Harrenhal), wprowadzanie podobnych motywów w odległych od siebie rejonach akcji (co ilustruje kometa w inauguracji drugiego sezonu) czy też sugerowanie związku tematycznego między różnymi zdarzeniami i bohaterami (tytuł epizodu "A Man without Honor" można odnosić zarówno do Jaimiego, jak i do Theona). Wszystko to słuszne, ale może trzeba było – i trzeba będzie – przede wszystkim ograniczyć liczbę pokazywanych wątków, na przykład do trzech na odcinek. Rosnąca liczba postaci sprawia bowiem, że dotychczasowa formuła kompozycyjna coraz szybciej się wyczerpuje.
Z odwrotnym – czyli pozytywnym – kierunkiem zmian mamy do czynienia w przypadku muzyki. W pierwszym sezonie przede wszystkim tworzyła ona tło i raczej się nie wyróżniała, oczywiście poza świetnym głównym tematem (wielokrotnie przerabianym przez fanów, co jest niezłym wskaźnikiem udanego utworu). Nie była to może wada, ale drugi sezon pokazał, że w tym serialu można zrobić z muzyką znacznie więcej. Myślę tutaj zarówno o znakomitym temacie Stannisa, jak też o piosence, którą najpierw gwizdał Tyrion, następnie śpiewał Bronn, a w końcu wykonał zespół The National. "Deszcze Castamere" nie tylko dobrze brzmią, ale również dopełniają charakterystykę rodu Lannisterów (w tym zwłaszcza postaci Tywina), w przyszłości zaś – wynika to z książek – przyjdzie im pewnie odegrać niemałą rolę w fabule. Przypomina mi to karierę Dylanowej piosenki "All along the Watchtower" w serialu "Battlestar Galactica". A przecież "Deszcze Castamere" to niejedyny interesujący utwór z tekstem w trzeciej części sagi Martina; nie należy zapominać o udanym podłożeniu Seven Devils zespołu Florence and the Machine pod marcowy zwiastun serialu. Wygląda na to, że w nadchodzących sezonach czeka nas jeszcze tutaj wiele dobrego.
Nadzieja także w tym, iż "Nawałnica mieczy", której ekranizację będziemy oglądać w latach 2013–2014, to chyba najlepiej zrobiona część całej sagi. Zanim więc serial dotrze do materiału z "Uczty dla wron" oraz "Tańca ze smokami" (gdzie Martin obniżył poziom jeszcze wyraźniej niż w "Starciu królów"), otrzymamy niemało świetnego fabularnego materiału. Miejmy nadzieję, że twórcy do tego czasu wydoskonalą warsztat, zamiast spocząć na laurach, bo udane zekranizowanie dwu ostatnich tomów cyklu będzie nielichym wyzwaniem. Nie chcemy przecież, żeby serial zamienił się w operę mydlaną.