Już od dzisiaj w kinach można oglądać nowy film science-fiction z Willem Smithem oraz jego synem - Jadenem Smithem w rolach głównych. Czy twórca wielu spektakularnych porażek, M. Night Shyamalan, wyszedł tym razem obronną ręką? Zapraszamy do recenzji "1000 lat po Ziemi".
Hinduski reżyser Manoj Night Shyamalan miał dobre wejście do światowego kina w postaci udanego familijnego filmu animowanego "Stuart Malutki" oraz horroru "Szósty zmysł". Potem to już była równia pochylna, a gdy reżyser opadł na dno, to poprosił o łopatę. Zastanawia mnie, z czego to wynika. Shyamalanowi nie odmówię wyobraźni: każdy z jego tytułów ma ogromny potencjał, szkoda, że niewykorzystany. Poza dobrze spuentowanym "Szóstym zmysłem" każdy następny jego film legł warsztatowo: dobrze się zapowiadał, po czym zawodził warsztatem i ogólną miałkością. "1000 lat po Ziemi" został wprawdzie skrojony zgodnie z hollywoodzkimi standardami, ale chyba tylko niewielka ilość recenzentów się z tego cieszy.
Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Oto mamy świat przyszłości. Ludzie wyemigrowali z ojczystej planety. Statek kosmiczny ulega katastrofie, z której z życiem wychodzą tylko ojciec i syn (grają ich odpowiednio Will Smith i Jadem Smith, także w rzeczywistości jego syn) i trafiają na opuszczoną przez ludzkość Ziemię. Uratować może ich wyłącznie wysłanie sygnału SOS. Problem w tym, że nadajnik znajduje się 100 kilometrów dalej. Smith senior został ranny, więc wysyła pierworodnego na niebezpieczną misję po nieznanej planecie. Sytuacje komplikuje to, że na statku przewożony był zmutowany stwór nastawiony na zabijanie, który prawdopodobnie wydostał się na wolność…
Fabułę nie będę więcej opisywać, bo… nie ma o czym pisać! Cały film ogranicza się do tego, że gdy młody Smith przedziera się przez puszczę, to stary wspomina. Całość jest podlana mdłym propagandowym sosem o dzielności rangersów (skojarzenia ze współczesnymi marines moim zdaniem zupełnie słuszne) oraz o sile męskiej inicjacji. Fabuła jest tak logicznie skonstruowana, że aż niewiarygodna. Wszystko wedle sprawdzonych hollywoodzkich schematów. Traci na tym wiarygodność filmu, w efekcie śmiałem się w najmniej odpowiednich momentach i nudziłem przez resztę produkcji.
Brzytwa Lema to narzędzie pozwalające sprawdzić, czy dany tytuł na pewno jest fantastyczny. "1000 lat po Ziemi" nie ma szans w konfrontacji z ostrzem genialnego pisarza. Historia nastolatka, który wobec ran ojca wyrusza w niebezpieczną podróż, by sprowadzić pomoc, mogłaby się toczyć w absolutnie każdej inne rzeczywistości. Zresztą, pierwotny scenariusz przewidywał, że akcja będzie się toczyła w dzikim lesie gdzieś w Ameryce, dopiero producenci zadecydowali, że film lepiej się sprzeda, jeśli rozreklamuje się go jako science fiction (oficjalnie – twierdzili, że ma zbyt duży potencjał, by marnować go na film familijny).
Z science fiction są tylko plenery na ponownie dzikiej Ziemi i to dość marne. Już lepsze widoki zaserwowano nam w "Avatarze". To, co łączy oba te filmy, to z kolei śladowa ilość sensu. Shyamalan nie wgłębia się w logikę świata przedstawionego. Pokazuje nam to, co akurat było mu wygodnie. Dlatego podczas seansu trzeba znosić widok marines z dalekiej przyszłości, które jako główną broń ma… włócznię!!! Od początku wojen technika wojenna dążyła do tego, by trzymać wroga na dystans; stąd mamy ewolucję od łuków do dronów. W wizji Shyamalana ludzkość po opuszczeniu Ziemi straciła elementarną zdolność logicznego myślenia. Pewnie z tego powodu też międzygwiezdne statki kosmiczne są wyposażone w urządzenia wysyłające sygnał SOS, które można zepsuć, upuszczając je na ziemię.
W filmie często jest powtarzane, jaka ta Ziemia zrobiła się nieprzyjazna dla ludzi, dlatego ludzkość się wyprowadziła, a swój matecznik otoczyła ścisłą kwarantanną. Można się domyśleć, że to echa postawy ekologicznej, że oto planeta się mści za krzywdy doznane od swych nieodrodnych synów i córki. Nie ma to jednak żadnego przełożenia na fabułę. W całym filmie nie została ani na moment poruszona kwestia ekologii. Wbrew słowom bohaterów "najbardziej nieprzyjazna dla ludzi planeta" okazuje się całkiem przyjazna – bohater tylko raz doznaje agresji ze strony rdzennych stworzeń, a znacznie częściej obojętność lub wręcz sympatię. Przyszłość musi być sielankowa, skoro największym zagrożeniem dla ludzkości są pawiany oraz zmutowane stwory, które położyłaby salwa z kałasznikowa.
Reasumując: nuda. Fabuła to sprawdzony hollywoodzki schemat o inicjacji młodego chłopca, jakich wiele, czasem nawet w lepszym wydaniu. Pokazuje, że nawet 1000 lat po opuszczeniu matecznika ludzkości ludzie nic nie stracą ze swych przywar i dalej będzie królować nepotyzm – bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że rangersem w tym świecie może zostać chłopiec, który zupełnie nie ma predyspozycji ku zabijaki? Miłośnicy science-fiction nie mają czego tu szukać. Nawet plenery o wiele większe wrażenie robiły w produkcjach z lat 80., mimo że od tego czasu technika poszła znacznie na przód. Zdecydowanie odradzam.
Michał Smętek



