22.09.2012

[recenzja] "Revolution" - potencjał bez rewolucji

Niedawno miała miejsce oficjalna premiera nowego serialu science-fiction produkcji J. J. Abramsa i Erica Kripke pt. "Revolution". Spore oczekiwania wobec tego tytułu stawiają go na starcie w nieco trudnej pozycji. Oczekiwaniom tym - już można powiedzieć - pilot niestety nie sprostuje, ale za to zostawia spore pole do poprawy.

Dla przypomnienia, "Revolution" to serial utrzymany w klimacie postapokalipsy, którego akcja dzieje się piętnaście lat po wyłączeniu się wszystkich urządzeń elektronicznych. Nieznane wydarzenie w jednej chwili pozbawiło całego świata wszelkiej zaawansowanej technologii, przez lodówki i samochody po telefony komórkowe i komputery. Moment ten obserwujemy z punktu widzenia małej dziewczynki , Charlie, której ojciec zdaje się być jedyną osobą nie tylko mającą jakiekolwiek pojęcie o tym, co się dzieje, ale również w jakiś sposób na to przygotowaną. Dowodem na to są gorączkowo zgrane na przenośny dysk dane, które piętnaście lat później staną się przyczyną jego przedwczesnej śmierci. Ludzkość zdołała się bowiem całkowicie przystosować do nowej rzeczywistości, ale to wcale nie oznacza, że wszyscy zapomnieli o przeszłości.

Pewnego dnia w małej, spokojnej wiosce zamieszkiwanej przez bohaterów zjawiają się przedstawiciele samozwańczej Republiki Monroe - paramilitarnej grupy sprawującej bezprawną władzę - szukając dokładnie ojca Charlie. W wyniku nieszczęśliwego splotu wydarzeń, ojciec bohaterki ginie, jej młodszy brat zostaje porwany, a ona sama wysłana z misją odnalezienia swojego nieznanego wujka. W międzyczasie tajemniczy dysk zmienia właściciela, by za wszelką cenę nie dostał się w niepowołane ręce.

Tak mniej-więcej zaczyna się nowy serial od twórców "Zagubionych", "Fringe" i "Supernatural". Niestety razem z rozpoczęciem zaczyna się również problem, bo... wszystko to już się gdzieś widziało. Historia przedstawiona w pilocie jest całkowicie poprawna, sprawnie nakręcona i wrzucona w naprawdę interesującą otoczkę, ale jednocześnie wtórna i banalna. Całość można przewidzieć już po obejrzeniu wprowadzenia, a wszelkie odbiegnięcia od klasycznego schematu są na tyle drobne, że zasadniczo nie robią żadnej różnicy. Wiemy, kogo bohaterowie spotkają na swoje drodze, jak sobie z nimi poradzą, kim się okażą i jak ostatecznie "drużyna" zbierze się w komplet. Można nawet włożyć w usta postaci słowa, które wypowie nim jeszcze sama o tym wie. Oryginalnych pomysłów jest w pilocie "Revolution" jak na lekarstwo - jeden albo dwa - co przy tak znanych nazwiskach jest niestety sporym rozczarowaniem. Chciałoby się znacznie, znacznie więcej. 


Ten sam brak oryginalności dotyka bohaterów - to niemal całkowite kalki wyciągnięte z dziesiątków podobnych opowieści. Zupełnie nie zdziwiło mnie, że Charlie jest niepokorną ryzykantką rwącą się do odkrywania świata, ani że Miles, brat jej ojca, to samotny wilk przywykły do robienia wszystkiego na swój własny sposób. Nie zdziwiłam się, że Charlie nie akceptuje nowej kobiety na miejscu swojej matki, że etatowy geek to ciapa i comic relief, a Danny, porwany brat chory na astmę, to kąpany w gorącej wodzie nastolatek. Taki zestaw bohaterów nie jest jeszcze zły - w końcu to idealna gromadka do przeżywania niebezpiecznych przygód - ale w połączeniu z mało oryginalną fabułą nie jest na razie w stanie wzbudzić odpowiedniego zainteresowania. Ponownie - wszystko jest tu poprawne, aktorsko i koncepcyjnie, ale brakuje iskry, elementu, dzięki któremu te postacie mogłyby żyć własnym życiem. Ciekawy wydaje się jedynie Miles (Billy Burke), ów samotny wilk, który - choć oparty na wyeksploatowanym na dziesiątą stronę schemacie - ma charakter i charyzmę, która od razu wzbudza sympatię. Mam tylko nadzieję, że jego śladem pójdą i pozostałe postacie, a przede wszystkim główna bohaterka. Mało co tak mi w serialach przeszkadza, jak nieprzekonująca postać pierwszoplanowa.

Jednak co gorsza - i to jest to, co boli mnie najbardziej - fabuła i ton pilota utrzymane są w niebezpiecznie heroicznym klimacie. Bohaterów w ostatniej chwili ktoś wybawi z opresji, a nawet jeśli nie, wisząca nad nimi krzywda zostanie ograniczona do niezbędnego minimum. Świat postapokaliptycznej "rewolucji" ma być teoretycznie niepewny i niebezpieczny, ale twórcom o wiele bardziej podoba się chyba małostkowa opowiastka o dzielnych bohaterach. Scena, w której jeden z nich samotnie odpiera zmasowany atak, stojąc na szczycie schodów i siekając wrogów mieczem mogłaby być żywcem wyjęta z awanturniczego filmu z Burtem Lancasterem. Tego typu tanie chwyty dosyć grzebią moje nadzieje na głęboki i poważny serial, bo po pilocie "Revolution" wyraźnie widać, że ma to być produkt kierowany do typowego zjadacza chleba. Patrząc na to, że w podobną pułapkę wpadła rok temu "Terra Nova" - ułagodzona, familijna i pozytywna - z oglądalnością może być ciężko.


Oczywiście, wszystko może się jeszcze zmienić, tym bardziej, że "Revolution" ma jedną podstawową zaletę - naprawdę spory potencjał do wykorzystania. J. J. Abrams znany jest z tego, że w swoje seriale umiejętnie wplata zakrojone na szeroką skalę tajemnice, a w niniejszym pilocie intryga zapowiada się co najmniej smakowicie. Sama końcówka odcinka spowodowała, że praktycznie wybaczyłam mu większość zaliczonych po drodze wpadek, a nawet czuję, że coś może z tego wyjść. Generalnie bardzo bym tego chciała, bo pomysł zbyt bardzo mi się podoba. No i szkoda byłoby stracić kolejny serial fantastyczny, bo znowu mała oglądalność, bla bla bla. Więc tak, czekam na więcej.

Na osobną uwagę zasługuje również ciekawie skonstruowany świat, w którym ludzkość cofnęła się do swoistego średniowiecza. Świece, lampy oliwne, łuki, kusze i miecze, podróże konne, posłańcy niosący na odległość pisemne wieści - wszystko to ma świetny klimat i, szczerze mówiąc, nie mogę doczekać się, by poznawać tę rzeczywistość głębiej. Zarośnięte miasta wyglądają uroczo, wszechobecna natura - teraz wróg i sprzymierzeniec - może być sama w sobie atrakcyjnym tematem, podobnie jak znajdywanie nowych zastosowań dla bezużyteczny maszyn, przedmiotów i urządzeń. Uwielbiam w postapokalipsie prowizorkę, radzenie sobie z tym, co się ma, więc jeśli o klimat chodzi, "Revolution" ma u mnie duży kredyt zaufania.

Mam nadzieję, że te nieszczęśliwe wrażenia zostaną zatarte, bo wręcz mi szkoda, że tak niewiele mi się ten pilot podobał. Wiem, że będę oglądać dalej, bo na ten moment wydaje się, że jest na co czekać, ale choćbym chciała, nie mogę ukryć swojego rozczarowania. Po takich nazwiskach - i Jonie Favreau na stołku reżysera - oczekiwałam jednak więcej. Zobaczymy więc, co z tego wyjdzie dalej.



Agnieszka Jędrzejczyk  

***

Więcej na Blogu autorki