"John Carter" to prawie 300 mln dolarów wydanych na realizacje przez studio Walta Disneya. To także ogromne oczekiwania ze strony fanów, gdyż film jest adaptacją klasycznej powieści fantastycznej "Księżniczka z Marsa", która została napisana równo 100 lat temu. Część krytyków zdążyła już przepowiedzieć obrazowi wielką klapę finansową. A jak jest w rzeczywistości?
"Podstawowym problemem filmu jest nieunikniona świadomość towarzysząca widzowi podczas seansu, że dosłownie wszystkie elementy "Johna Cartera" zostały przez te sto lat kina do cna przewałkowane." - pisze Dariusz Kuźma na Stopklatce. Dodaje jednak, że "świat "Johna Cartera" jest piękny i wciągający, lecz doświadcza się go z emocjonalnym dystansem".
Jeszcze bardziej dosadnie pisze o tym Łukasz Muszyński na Filmwebie: "Deja vu, które odczujecie wielokrotnie w trakcie pokazu, będzie więc efektem popkulturowego sprzężenia zwrotnego".
Większość krytyków porównuje obraz do takich filmów jak "Gwiezdne Wojny", "Avatar" czy też "Tańczący z wilkami". Recenzenci jednak nie uznają tego jako wadę, lecz twierdzą wprost, by dać się porwać wartkiej akcji i pędzącej fabule.
"Andrew Stanton prowadzi fabułę dynamicznie i nie pozwala się widzowi nudzić. Wszystko przesycone jest akcją - walkami w powietrzu na statkach napędzanych światłem oraz na ziemi (...) Pod względem technicznym film jest perfekcyjny. Widać dokładnie na co poszło te 250 mln dolarów" - twierdzi Adam Siennica z Hataka.
Większość polskich recenzji ocenia "Johna Cartera" w miarę pozytywnie, ale pod warunkiem, że przymkniemy oko na to, iż nie będziemy oczekiwać niczego więcej niż niezobowiązującej i nieco naiwnej rozrywki. Przemysław Dobrzyński na Onecie pisze wprost: "John Carter" to pełna akcji, humoru i wspaniałych efektów specjalnych opowieść, którą świetnie się ogląda, choć raczej nie zagości w naszej pamięci na długo".
Nieco gorzej jest film odbierany na zachodzie. Opinie są mocno podzielone, zaś na Rotten Tomatoes "John Carter" zbiera coraz więcej zgniłych pomidorów.
Opr. Jędrek Bukowski


